• Szkoła Ucząca Się
    • Ocenianie Kształtujące - serwis edukacyjny
    • Nauczyciel 1. klasa
    • Solidarna Szkoła
    • Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej (KOSS)
    • Konkurs Wiedzy Obywatelskiej i Ekonomicznej
    • Szkoła z klasą 2.0
    • WF z klasą
    • Koduj z Klasą
    • Klasna Shkola
    • Młodzi przedsiębiorczy
    • Szkoła tolerancji
    • Cyfrowa Akademia
    • Rozmawiajmy o uchodźcach!
    • Samorząd uczniowski
    • Młody Obywatel
    • Weź oddech
    • Edukacja globalna
    • Zgodnie z naturą
    • Kulthurra!
    • Filmoteka szkolna. Akcja!
    • Włącz się. Młodzi i media
      • Nienawiść. Jestem przeciw!
      • Wrota Wiedzy
      • Młodzi głosują
      • Nagroda im. Ireny Sendler
      • Mamy prawo
      • Gimnazjalny Projekt Edukacyjny
      • Opowiem ci o wolnej Polsce
      • W świat z klasą
      • Ślady przeszłości - uczniowie adoptują zabytki
      • Czytam sobie w bibliotece
      • Mistrzowie kodowania
      • Działasz.pl
      • Centrum Edukacji Obywatelskiej
      • Sejm Dzieci i Młodzieży
        • Akademia uczniowska
        • Aktywna edukacja
        • Noc bibliotek

      To, co dzieje się w Polsce, to nasza sprawa

      „To, co dzieje się w Polsce, to nasza sprawa”

      Jeszcze parę miesięcy temu poza Gdańskiem był nikim. Potem wyrósł na robotniczego przywódcę całej Polski: Lech Wałęsa, lat 37, ojciec szóstki dzieci i wierzący katolik, zmusił partię komunistyczną do niesłychanych ustępstw. NRD odgrodziła się, Praga groziła, Moskwa wezwała I sekretarza partii, Kanię, do złożenia raportu.

            Czyżby nigdy nie bał się porażki w nierównej walce z wszechwładną partią - dzień po gdańskiej wygranej pyta go reporter amerykańskiej telewizji.

            Przywódca strajku Lech Wałęsa przed Stocznią Gdańską im. Lenina - do mikrofonu: „Nie, porażki - nie”, po krótkiej przerwie: „Ale bałem się, że wygramy.”

            Sceptycyzm ten nie wynika ani z kokieteryjnej skromności, ani z wyrafinowanej taktyki, świadczy o poczuciu rzeczywistości, czego w dramatyczny sposób dowodzą wydarzenia minionych tygodni w Polsce.

            Bowiem Lech Wałęsa, człowiek, który od niemal trzech miesięcy trzyma w napięciu cały Blok Wschodni i część reszty świata, który jest niesiony tylko mocą mandatu wręcz mitycznego zaufania swoich współobywateli, awansował z pozycji przywódcy strajku gdańskiego na rzecznika największej polskiej organizacji masowej, „Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność” mającego ponad siedem milionów członków (ok. 60 % wszystkich zatrudnionych), ten człowiek, jak się zdaje, rusza z posad świat władzy państwowej i partyjnej.

            W toku nawałnicy, która nie ma sobie równej nie tylko w historii socjalizmu, ten do tego lata niemal nieznany proletariacki rewolucjonista, pokojowo, mając oparcie jedynie w dyscyplinie i solidarności swoich kolegów, burzy niektóre, uznawane za niezdobyte bastiony niegdyś wszechwładnego aparatu państwowego i partyjnego.

            To, co opiewają rewolucyjne pieśni, choć w ich teksty nie wierzy już żaden działacz komunistyczny, co do przesytu kiczowato-patetyczne postacie bohaterów socjalistycznego filmu i teatru pokazują znudzonej publiczności, to właśnie ten niewysoki mężczyzna, 1,60 m wzrostu, z ogromnymi wąsami, w trakcie niemal codziennych telewizyjnych relacji zamienia dla milionów ludzi w fascynującą rzeczywistość, a sowiecki komunizm - czuje przez niego strach: „…i stoją wszystkie koła, gdy taka naszych silnych ramion wola”

            Bez wymieniania nazwisk, bez wysuwania żądań, w minionych tygodniach posyła on do diabła potężnego przewodniczącego państwowych związków zawodowych, a jego następcę - przywódcę bez świty - zmusza do przyznania się do porażki.

            Wałęsa i jego strajkujący stoczniowcy z Gdańska doprowadzają do upadku polskiego premiera Babiucha, a wkrótce potem nawet pierwszego sekretarza partii Gierka - potem, w ślad za większymi figurami systemu, sypią się całe zastępy czołowych działaczy, którzy w Polsce, jaką wyobrażają sobie ludzie Wałęsy, są już nie na miejscu.

            Nic tak smutnego nie przydarzyło się jeszcze żadnej wyświęconej partii komunistycznej w państwie bloku wschodniego podczas dotychczasowych rebelii - ani w Berlinie Wschodnim w 1953 r., ani w Budapeszcie w 1956 r., ani w Pradze w 1968 r.: tu bezradne kierownictwo poddaje jeden przyczółek za drugim, poświęca sekretarza partii, pozwala naruszyć swój monopol władzy dopuszczając wolne związki zawodowe, tym samym praktycznie naraża własną egzystencję polityczną, ściąga sobie na kark oskarżenie ‘papieża z Moskwy, iż stanowi zagrożenie dla wiary w „realny socjalizm” i jego panowanie - i to wszystko i tak nic nie pomaga.   

            Złe doświadczenia w przeszłości i szybki przełom obecnie nadają ruchowi robotniczemu własną dynamikę, która w ubiegłym tygodniu wydaje się być już nie do zatrzymania, stawiając nowego sekretarza partii Kanię przed niemal nierozwiązywalnym dylematem:

            Chcąc zapobiec wybuchowi nowych - zapowiadanych już strajków, musi próbować zachować wiarygodność wobec dołów, dowieść, że szczerze zamyśla spełniać swoje obietnice większej swobody.

            Równocześnie jednak wobec Moskwy musi pokazywać, że w rzeczywistości jego ustępstwa nie będą wywoływać zmian systemowych, czyli że te jego obietnice składane dołom nie są szczere.

            W poprzednim tygodniu konflikt napędzał rozstrzygnięcie na tle przygnębiających oznak: w Warszawie płonęło biuro Aeroflotu, sytuacja zaopatrzeniowa staje się coraz bardziej dramatyczna. W całym kraju z rynku znika nie tylko mięso, także ziemniaki i cukier.

            Pod presją nowych jedenastu postulatów z Gdańska, okraszonych z miejsca groźbą strajku wyznaczonego na 12 listopada, Kania i premier Pińkowski wyruszają do Moskwy w celu złożenia sprawozdania, samo nasuwa się porównanie ze spotkaniem w Čiernej, gdzie pod koniec lipca 1968 r. Dubčekowi i Co. szef na Kremlu wyznaczył ostatni termin oczyszczenia sytuacji.

            Wówczas wojska Układu Warszawskiego maszerowały już po upływie trzech tygodni. Teraz lakonicznie-wymowny komunikat agencji „Tass” stwierdza, że w Polsce do głosu doszły siły imperialistyczne, a Leonid Breżniew ufa, „iż komuniści i pracujący lud bratniej Polski ... zdołają rozwiązać stojące przed nią palące problemy”.

            Bez żadnych dwuznaczności odzywa się Praga, że wydarzenia w Polsce przypominają „działania sił antysocjalistycznych w ČSSR w latach kryzysu 1968/69”.

            W Polsce przywódca strajku Wałęsa i jego koledzy ze Szczecina i Katowic dyktują w międzyczasie już mocno atakowanemu kierownictwu partii warunki nowego otwarcia, które w Moskwie musiały zabrzmieć jak erupcja czystej herezji:

             Przywódca robotniczy, Wałęsa, żąda bezwarunkowego spełnienia zaakceptowanych przez rząd 21 postulatów gdańskich, zwanych odtąd przez prasę partyjną „umową społeczną”.

            „Kimże jest ten facet?”, pyta z niedowierzaniem szef partii Gierek w połowie sierpnia, podczas permanentnych obrad sztabu kryzysowego swojego biura politycznego, kiedy z Gdańska zaczynają mnożyć się meldunki o zręcznej taktyce negocjacyjnej tego, kto przecież był Nikim. A jednak dostarczone mu przez służbę bezpieczeństwa dossier informują jedynie, że ku zwycięstwu zmierza ktoś, kto wywodzi się z samych dołów społecznych i nie ma nic do stracenia. 

            Dziś, niecałe trzy miesiące później, zna go w Polsce każdy - a jednak najważniejsze pytanie pozostaje bez odpowiedzi i dla jego zwolenników, i dla wrogów:

            Czy jest on nowym bohaterem narodowym Polski, który ze śmiało skalkulowanym planem wyprowadza kraj z kryzysu i mizerii, czy też zawziętym fanatykiem, który swoim bezkompromisowym doktrynerstwem spowoduje interwencję militarną wzburzonych Sowietów?

            Czy ten Lech Wałęsa (nazwisko wymawia się ‘Wauenssa”) jest jednym z mocno wierzących męczenników sprawiedliwości, jakich wielu w historii Polski, czy tylko pobożnym głupcem, który nic nie rozumie z tego, co jest politycznie możliwe? Czy działa sam z siebie, czy napędza go baza, czy może sterują nim intelektualiści buntujący się przeciwko systemowi?

            Biografia tego zaledwie 37-latka mogłaby pochodzić z podręcznika polskiej socjologii, tak bardzo ten robotniczy przywódca uosabia rozwój Polski Ludowej - od zacofanego państwa rolniczego do jedenastego pod względem uprzemysłowienia państwa świata.

            Jak większość Polaków tego pokolenia Lech Wałęsa pochodzi ze wsi. Urodził się w podbydgoskiej wsi Popowo na dwa lata przed końcem wojny, jako syn stolarza i małorolnej chłopki. Po podstawówce szuka miejsca do wyuczenia się zawodu elektromontera.

            Wałęsowie, wieloosobowy klan, to ludzie pobożni, jak większość we wsi. Z polityką, czy wręcz z partią nie mają wiele wspólnego, ale też i działacze partyjni pozostawiają ich w ich wiejskim odosobnieniu właściwie w spokoju. 

            Jako elektromonter, Lech Wałęsa zostaje w 1967 r. zatrudniony w Gdańskiej Stoczni im. Lenina i już po roku, w wieku 24 lat, zostaje zgłoszony na kandydata do rady zakładowej. Kolega z owych czasów wspomina: „Potrafił dobrze mówić i ‘nie bał się dużego zwierza’.”

            W grudniu 1970 r., w czasie powstania robotników wybrzeża, elektromonter i związkowiec Wałęsa jest członkiem rady robotniczej w Stoczni im. Lenina. Ale powstanie zostaje krwawo stłumione przez policję i milicję, według oficjalnych danych 45 robotników ginie, w tym także koledzy Wałęsy ze Stoczni Gdańskiej.

            Po upadku I sekretarza partii Gomułki, 25 stycznia 1971 r., delegacja stoczniowców, w tym Wałęsa, prowadzą negocjacje z nowym przywódcą partii, Gierkiem, który specjalnie tu przyjechał. Gierek obiecuje, że pod jego kierownictwem nigdy już nie będzie się strzelało do robotników.

            Wiosną 1976 r., z powodu opowiadania się za utworzeniem Wolnych Związków Zawodowych Wałęsa zostaje zwolniony ze Stoczni Lenina z uzasadnieniem, że jest to „środek zapobiegawczy”, mimo, że jako członek rady zakładowej objęty jest zwiększoną ochroną przed wypowiedzeniem.

            Od tego momentu przez okres czterech lat Lech Wałęsa pozostaje bez stałego zatrudnienia i musi utrzymywać rodzinę - w 1969 r. poślubił kwiaciarkę Mirosławę Danutę - z prac dorywczych i wsparcia przyjaciół. Wałęsa: „Gdzie się tylko nie przedstawiłem - po obejrzeniu mojej książeczki pracy kadrowy stwierdzał, że wolnych miejsc już nie ma.”

            Jego rodzice udali się w 1973 r. z wizytą do krewnych w USA. Ponieważ matka zginęła w wypadku w New Jersey, ojciec, choć do dziś właściwie nie rozumie ani słowa po angielsku, zdecydował się pozostać w Stanach, wśród klanu Wałęsów. Od tego czasu nie widział swojego - w międzyczasie sławnego na cały świat - syna, ale ma nadzieję, że ten, „gdy przecież teraz obraca się wśród ministrów”, otrzyma paszport do USA.

            Aż do wyrzucenia z pracy syn Lech żył tak, jak przeciętny Polak: szybko rosnąca rodzina - Wałęsowie są głęboko wierzącymi katolikami - musiała się zadowolić dwupokojowym mieszkaniem o powierzchni 26 metrów kwadratowych, on uczestniczy regularnie w mszy świętej, dużo pomaga przy dzieciach, do jego okazjonalnych rozrywek należy oglądanie meczów piłkarskich. 

            Co tego bezrobotnego elektromontera naprawdę odróżnia od jego sąsiadów, to jego zawzięta walka o prawa związkowe. Dzięki temu nawiązuje w 1976 r. kontakt z utworzonym przez warszawskich intelektualistów Komitetem Obrony Robotników (KOR), z którego w warunkach trwałych represji tajnej policji powstał zalążek szybko rosnącej opozycji antypartyjnej.

            Kiedy w przededniu 1 maja 1978 r. w Gdańsku założono „Wolny Związek Zawodowy Wybrzeża”, Wałęsa też tam był. Wezwanie do robotników, jako osoba odpowiedzialna za komitet założycielski Stoczni Gdańskiej, podpisał inżynier Andrzej Gwiazda - dziś najbliższy współpracownik Wałęsy w związku zawodowym „Solidarność”.

            Od roku 1978 Lech Wałęsa był współpracownikiem inspirowanego przez KOR podziemnego czasopisma „Robotnik Wybrzeża”, które opowiadało się za założeniem wolnego związku zawodowego, jako prawdziwej reprezentacji robotników.

            Ponieważ czasopismo ujawniało nazwisko i adres autorów, tajna policja szybko namierzyła proletariackiego dysydenta. „Zatrzymywano mnie lub wzywano w tym czasie setki razy”, wspomina dziś Wałęsa.

            Szczególnie gdańska policja była zaangażowana w to, by na czas rocznicy gdańskiej masakry robotników z 1970 r. trzymać w zamknięciu weteranów tych zdarzeń.

            Jednakże, gdy w grudniu 1978 r. policja szuka go z użyciem nawet psów gończych, koledzy go ukrywają. Bez przeszkód Wałęsie udaje się wygłosić na terenie stoczni mowę rocznicową; 3000 robotników, którzy przyszli na rocznicowe obchody, utworzyło ze swoich ciał gęsty i nieprzenikalny krąg, w taki sposób chroniąc go przed aresztowaniem.

            Rok później stoczniowcy szmuglują go przez bramę stoczni w kontenerze. W imieniu zastrzelonych kolegów w kolejnej rocznicowej mowie Wałęsa postuluje „solidarność wszystkich Polaków w walce o swoje prawa”, oddźwięk jest długofalowy. 

            Gdy w jakiś czas po fali strajków płacowych w całym kraju, 14 sierpnia tego roku również robotnicy Gdańskiej Stoczni im. Lenina przystąpili do strajku, jednym z głównych ich postulatów było natychmiastowe przywrócenie do pracy zwolnionego przed czterema laty bezprawnie członka rady zakładowej, Lecha Wałęsy.

            Ten pracował akurat w innym gdańskim zakładzie. Taksówką przywieziono poszukiwanego do stoczni, a próbujący uspokoić robotników dyrektor stoczni, Wójcik, przez ten cały czas musiał czekać stojąc na koparce.

            Dwa dni później zdarzyło się coś, o czym Lech Wałęsa do dziś niechętnie mówi, a co mogłoby skierować nie tylko jego własną karierę na inne tory, ale także rozwój Polski: Wałęsa chciał zakończyć strajk w Gdańskiej Stoczni im. Lenina.

            Przecież ich postulaty, tak oświadczył na komitecie strajkowym, zostały właściwie spełnione: ponowne zatrudnienie zwolnionych ze względów politycznych kolegów i obietnica podwyższenia płac; wobec tego można wracać do domu.

            Jednakże większość komitetu głosuje przeciwko, chce kontynuować strajk aż do spełnienia precyzyjnie sformułowanych punktów. Wałęsa poddaje się woli większości i natychmiast jest gotów zdecydowanie bronić ich argumentów, wręcz nadgorliwie.

            Kiedy dyrektor stoczni Wójcik, chcąc ukrócić agitację, polecił sparaliżować radiowęzeł w stoczni, Wałęsa wraz z kilkoma potężnie zbudowanymi zwolennikami wdziera się na piętro dyrekcji i groził spuszczeniem dyrektorowi lania.

            Tylko przyjaciel Gwiazda, również członek komitetu strajkowego, potrafi zapobiec najgorszemu i w końcu, w drodze polubownego rozwiązania przywraca działanie urządzenia.

            Potem rozgrywają się inne sceny: Wałęsa jest tym, który cierpliwie wysłuchuje delegacji z innych zakładów, chcących przyłączyć się do strajku.

            W ogóle wysłuchuje każdego z cierpliwością spowiednika, pociesza, gdy trzeba, próbuje wciąż rosnącą liczbę strajkujących zobowiązywać do szacunku i solidarności - to jego ulubione słowo staje się w końcu znakiem towarowym jego ruchu.

            Kiedy gazety piszą o „antysocjalistycznych poplecznikach” w stoczni gdańskiej, wymieniając przy tym wielokrotnie nazwę KOR, której w Stoczni właściwie nie zna chyba żaden robotnik, Wałęsa wygłasza referat: opowiada o historii i celach KORu, mówi, że jego członkowie są przyjaciółmi robotników i nikt nie powinien się dawać zwieść prowokacjom prasy.

            Któregoś dnia w Sali Dużej (BHP), gdzie obradują delegaci w międzyczasie już międzyzakładowego komitetu strajkowego, pewien mężczyzna próbuje wygłosić mowę w obronie sekretarza partii Gierka. Robotnicy są niepewni aż do momentu, gdy Anna Walentynowicz, także uczestniczka walk 1970 r. i też zwolniona ze względów politycznych, demaskuje go jako prowokatora: „Znam go dobrze, to ten funkcjonariusz, który mnie wiele lat prześladował.”

            Podekscytowany tłum chce go zlinczować, Wałęsa wchodzi jednak pomiędzy nich i grozi rezygnacją z funkcji, jeżeli tamtemu coś się stanie. Słychać szemranie, ale robotnicy słuchają.

            Są mu posłuszni także, kiedy ogłasza surowy zakaz spożywania alkoholu i kiedy każe uprzejmie traktować delegata wysłanego przez rząd z Warszawy. Nawet najbardziej oporni są skłonni uczestniczyć ze swym rzecznikiem Wałęsą w niedzielnej mszy odprawianej na terenie stoczni.

            Wałęsa ze spokojem przyjmuje fakt, że stoczniowcy podśmiewają się z jego bez zahamowań okazywanej religijności. Krąży dowcip: „Leszek zapytany o godzinę odpowiada pytaniem „A co na to papież?”

      Ale kiedy podczas kulminacji strajku Kardynał Wyszyński odprawia po raz pierwszy transmitowaną przez telewizję mszę w Częstochowie i jedynie słabiutkie słowa wsparcia kieruje do walczących robotników, rozczarowany Wałęsa każe umieścić pod obrazem Madonny na bramie stoczni karteczkę z napisem „Madonna strajkuje”.

            Całe 17 dni i nocy, wbrew groźbom i pokusom, Wałęsa utrzymuje dyscyplinę swojej robotniczej armii, liczącej już 200 000 osób.

            Wówczas postulaty strajkujących - o których spełnieniu nikt wcześniej nawet nie myślał, zostają przyjęte przez niepewne już i zdezorientowane kierownictwo partii, a Wałęsa jest zwycięzcą.

            Wcześniej takiej historycznej próby sił nie planował ani Wałęsa, ani inny komitet strajkowy. Na pewno Wałęsa i jego koledzy nie byli sami w tym maratonie walki o władzę. Miliony pracujących w całej Polsce otwarcie okazywały im zainteresowanie i sympatię - byli też i aktywni pomocnicy.

            Nie największe szanse mieli tu z pewnością przyjaciele z KOR, w tym główni dysydenci Kuroń i Michnik, których jako rzekomych „antysocjalistycznych popleczników” wzięła sobie za cel najpierw polska, potem sowiecka prasa partyjna. Dopiero w dniu zakończenia strajku, po wyraźnej interwencji Wałęsy, wyszli na wolność z więzienia - to on do listy 21 postulatów włączył postulat dotyczący ich uwolnienia.

            Doradcy - prawnicy i politycy, którzy pomagali strajkującym w składzie tekstów i sprawdzaniu projektu porozumienia, dziś jeszcze należą do sztabu doradców związku zawodowego „Solidarność”.

            „Solidarności” zasłużył się przede wszystkim warszawski adwokat Siła-Nowicki; obecnie już starszy pan, który odważnie bronił oskarżonych już po rewoltach studenckich 1968 r.

            Był wśród nich od początku także Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny katolickiego pisma „Więź”, wydawanego przez klub parlamentarny „Znak”.

            Wałęsa nigdy nie ukrywał, że dla swego związku zawodowego otrzymywał znaczące datki pieniężne także od sympatyków z Zachodu. Wałęsa: „Nie ma takiej pomocy, której byśmy się politycznie wstydzili.”

            Wpływu na cele strajkujących, czy później na pracę związku, nie mieli jakoby ani jedni ani drudzy - twierdzi Wałęsa i zakłada, że wszyscy w to wierzą.

            Z taką samą naturalnością mówi, że partia próbowała przekupywać go lukratywnymi propozycjami - willami, samochodami, pieniędzmi - wszystkim”, a o swoim mentorze, Kardynale Wyszyńskim, zdradza, że „proponował mu objęcie kierownictwa oficjalnych związków zawodowych”.

            Jego mania, by nowy związek prezentować jako apolityczną, „czysto społeczną organizację”, wydawała się od początku dość niewinną - dziś Wałęsa od dawna wie, że nie może tej roli utrzymać: konflikt z obecnie słabszym rywalem, polską partią komunistyczną, był od początku nie do uniknięcia.

            Jednakże pod koniec sierpnia, pytany o historyczne konsekwencje założenia nowego związku zawodowego, Wałęsa może jeszcze pomstować:

                      A co mnie obchodzi historia, mnie interesuje 21 postulatów, a pierwszy z nich i najważniejszy, realizujemy teraz, powstanie naszego związku. Nie walczę dla historii, walczę dla ludzi.

            Jeszcze jest tym, co kiedyś, drobnym mężczyzną, do którego nie chce pasować obraz robotniczego bohatera. W tym samym pogniecionym, brązowym garniturze ze sklepu, w którym z wicepremierem Jagielskim wyszedł przed mikrofony w Stoczni Gdańskiej, zasiada teraz w swoim biurze na piątym piętrze byłego podmiejskiego hotelu „Morskiego” w Gdańsku, głównej siedzibie „Solidarności”.

       

            Zmieniło się tylko jedno, a fakt, że Wałęsa ten najwyraźniej polityczny prezent bez wstydu przyjął, świadczy o jego czystym sumieniu: ósemka Wałęsów - najmłodsza córka przyszła na świat podczas dramatycznych tygodni strajku - przeprowadziła się do apartamentu o powierzchni 114 metrów kwadratowych, na polskie warunki to już prawie luksusowe mieszkanie.

            Do połowy września dla przywódcy robotniczego, który właśnie zrezygnował z dopiero co odzyskanej pracy w Stoczni Lenina, aby - jak teraz mówi „spełnić misję”, nie jest jeszcze jasne, jak powinien wyglądać ten nowy związek zawodowy: „tu nie ma szkół dla czegoś takiego, tu były zawsze tylko stare związki zawodowe, a kształcenie w nich nie było prawdziwe.”

            Wydaje mu się, że wie jedno: jego nowy związek ma ograniczać się do Gdańska, no najwyżej jeszcze do regionu wybrzeża: „mam tu tyle pracy, że nie mogę się jeszcze troszczyć o resztę Polski.”

            Ale już dwa tygodnie później, na spotkaniu 300 delegatów komitetów założycielskich z całego kraju zostaje przegłosowany: wbrew jego woli nowy związek tworzy ogólnopolską organizację dachową z centralą w Gdańsku.

            Już wpłynęło ponad trzy miliony zgłoszeń do nowego związku, ale w momencie, kiedy prowizoryczne kierownictwo, obsadzone w międzyczasie przedstawicielami znacznie bardziej wojowniczych górników ze Śląska, pod koniec września, składa w sądzie warszawskim statut do zatwierdzenia, „Solidarność” reprezentuje już ponad pięć milionów ludzi.

            Wałęsa rozumie, że nie potrafi sprostać zadaniu kierowania tak masową organizacją, że przerastają go związane z tym problemy organizacyjne, że ponosi ryzyko utraty - jakże dla niego ważnego - kontaktu z bazą.

            Także inni koledzy z grona zarządu, jak jego gdański przyjaciel Gwiazda, są świadomi granic umiejętności Wałęsy, ale kalkulacje taktyczne w walce, która jeszcze nie została wygrana, nie pozwalają na wymianę głównej figury.

            Tymczasem partia, zachwiana aż do samych posad, musi zbyt dużo zajmować się sama sobą, żeby jeszcze obserwować trudności w „Solidarności”. I sekretarz partii Kania zajęty jest aż do samozaparcia wykonywaniem zaakceptowanej przez niego „umowy społecznej” ze strajkującymi. 

            Kierownictwo partii jeszcze wierzy, że siła przyciągania nowego związku może osłabnąć, że można by ten ruch jakoś zintegrować lub skorumpować. Warszawskie kierownictwo ze stoicyzmem przyjmuje nawet strajk ostrzegawczy głównego gdańskiego związku zawodowego, który ma przyspieszyć realizację postulatów.

            Na 6 posiedzeniu plenarnym KC PZPR I sekretarz Kania, po wyczerpującej samokrytyce dotyczącej dotychczasowej polityki gospodarczej i informacyjnej, zajmuje też stanowisko wobec nowych związków zawodowych. Brzmi to niemalże jak pochwała:

                      Z zadowoleniem przyjmujemy do wiadomości wszystkie informacje dotyczące konstruktywnej inicjatywy i pozytywnej postawy nowych związków zawodowych. Ufamy, że organizacje te zatroszczą się też, by polityczny wizerunek tego ruchu był kształtowany w zgodzie z ustaleniami i interesami robotników. Liczymy na was, że poświęcicie się niezbędnej ochronie praw robotników, a także ukształtujecie swoje obywatelskie postawy wobec państwa.

            Wałęsa, w wąskim kręgu wciąż jeszcze opowiadający się za niepolitycznym partnerstwem społecznym z państwem, zostaje, czy tego chce czy nie, obwołany młodszym partnerem partii, czynnikiem porządkującym państwo, i ten oto Wałęsa staje się więźniem swoich sukcesów.

            Kania, pierwszy sekretarz partii, bardzo dobrze wie, że jego program reform - decentralizacja przemysłu, pełna gwarancja własności dla prywatnych rolników, wzmocnienie parlamentu, poszerzenie praw administracji lokalnej - może poskutkować dopiero wtedy, gdy poprą go i przyłączą się niezależne związki zawodowe .

            Krytyka tych ustępstw dosięga go jednak z własnych szeregów. Przede wszystkim sekretarze KC Grabski i Olszowski, usunięci z ośrodka władzy za ostrą krytykę Gierka, a do kierownictwa partii przywróceni dopiero podczas kulminacyjnej fali strajków, zarzucają szefowi partii, że rozmywa zasady partii.

            Wałęsa potrzebuje dużo czasu, zanim zrozumie tę nową grę z podziałem na role - ale gdy w połowie października wyrusza na objazd po Polsce południowej, jest odmieniony. Już sama trasa, którą wybiera, budzi fatalne skojarzenia: latem minionego roku niemal tymi samymi etapami kraj przemierzał polski papież Wojtyła i tak jak tamten, teraz Wałęsa uwielbia bezpośredni kontakt z tłumem. 

            W Krakowie, niesiony przez 30 tysięczny, wiwatujący tłum, godzi się na to, że porównuje się go do Tadeusza Kościuszki, polskiego bohatera narodowego, który przed 186 laty z Krakowa przewodził powstaniu przeciwko rosyjskim zaborcom.

            Wałęsa, któremu parę tygodni temu chodziło tylko o „swój związek zawodowy”, teraz mówi Krakowianom: „I ja, Lech Wałęsa, w tym historycznym miejscu, chcę się zobowiązać do służby narodowi i czynić wszystko, do czego mnie powołacie.”

            W Częstochowie pozwala, by tłum czcił go religijnymi pieśniami, na stadionie piłkarskim w Tarnowie, na życzenie tłumu musi zrobić rundę honorową, aby wszyscy mogli z bliska przyjrzeć się nowemu bohaterowi narodowemu.

            Nagle Wałęsa już jawnie staje się polityczny. W Nowej Hucie ostro odpiera krytykę członka praskiego biura politycznego Vasila Bilaka potępiającego wydarzenia w Polsce: „To, co się dzieje w Polsce, jest naszą sprawą. Właśnie pracujemy nad tym, aby polski socjalizm postawić na nogi. Każdy ma swoje własne problemy. Nie chcemy żadnego mieszania się do wewnętrznych spraw naszego kraju.”

            W Katowicach gani rozkręcaną przez pierwszego sekretarza partii Kanię kampanię przeciwko skorumpowanym partyjnym bonzom: „Teraz nie czas wrzucać ludzi do więzienia. Najlepiej byłoby, gdybyście na kartce papieru spisali wszystko, co zdobyliście nielegalnie i po prostu to oddali.”

            Ale tłum zachwyca nie to, co on mówi, tylko - jak. Jego zdania są krótkie, oryginalne w warstwie językowej, dalekie od nudy partyjnej chińszczyzny działaczy. Jak w Stoczni Gdańskiej, tak i podczas tego tournée sprawia wrażenie faceta, który wierzy w to co mówi.

            Dwa tygodnie temu państwo próbowało zakończać pokazywany powszechnie konsensus ze związkiem zawodowym i w końcu dopomóc „realnemu socjalizmowi” w dochodzeniu swoich praw: wykorzystując prawniczy trik, poprzez sędziego Kościelniaka usiłuje podczas przyjmowania statutu nałożyć kaganiec na nowe Porozumienie Związków Zawodowych.

            Bez dyskusji ze związkami sędzia zmienia statut w dwóch decydujących punktach: w artykule 1 dopisuje dodatkowe wyraźne uznanie kierowniczej roli partii, modyfikuje paragrafy 32 i 33 o prawie do strajku: „Organizowanie strajku nie może stać w sprzeczności z obowiązującym prawem.”

               Na próżno polskie gazety partyjne apelują do związku zawodowego, by poszedł na ten „kompromis”. Dla ‘gołębi’ w zarządzie Związku Zawodowego „Solidarność”, chcących najpierw wyczerpać drogę prawną zaskarżenia i ewentualnej rewizji, i ostrzegających, że nadmiernie ostra reakcja postawi znowu na szali to, co już się udało osiągnąć, nastały gorsze czasy.

            Albowiem jastrzębie w zarządzie na burzliwym posiedzeniu w kwaterze głównej w Gdańsku aż nadto wyraźnie dały wyraz temu, że takie próby manipulowania uniemożliwiały sukces rad robotniczych po wydarzeniach 1956, 1970 i ostatnio 1976 - fakt niezaprzeczalny.

            Powróciła stara nieufność wobec już wielokrotnie doznawanych prób ponownego poskramiania przez partię roli przedstawicielstw robotniczych po pierwotnie czynionych podczas strajku ustępstwach: Lech Wałęsa, w głębi serca będąc pewnie raczej po stronie gołębi, stał się rzecznikiem jastrzębi. 

            Powstało błędne koło, z którego właściwie dla obu stron nie ma wyjścia. Szef partii Kania nazbyt dobrze wie, że związek zawodowy - jako czynnik porządkowy i stabilizujący - może być przydatny tylko wtedy, gdy tak wyraźnie, jak to tylko możliwe pozostanie niezależnym od strony państwowej.

            Przywódcy „Solidarności” z drugiej strony wiedzą nazbyt dobrze, że polska partia komunistyczna, która tolerowałaby u swego boku na czas nieokreślony związek zawodowy także i personalnie silniejszy, na dodatek naprawdę niezależny, straciłaby rację bytu. Byłby on początkiem końca komunistycznego panowania w Polsce - albo też powstałby pierwszy system komunistyczny z prawdziwą opozycją.

            Pod taką presją I sekretarz PZPR Kania szukał pocieszenia i wsparcia tego partnera, który już nie raz przychodził partii z pomocą w zmaganiach z nazbyt liberalnymi tęsknotami: był to polski kościół.

            Polski episkopat wprawdzie zasadniczo już zgodził się na powstanie niezależnego związku zawodowego, już choćby z troski o to, by w przeciwnym razie nie stracić przywiązania robotników.

            Jednak zanim leciwy Kardynał Wyszyński dwa tygodnie temu udał się w podróż do Rzymu, do papieża, odbył długą rozmowę z szefem partii, Kanią. O czym rozmawiali ci dwaj nierównorzędni pasterze, pozostaje tajemnicą. Ale w Warszawie uparcie krążą pogłoski, jakoby Kania prosił, żeby papież zwrócił się do Wałęsy i reszty kierownictwa związku z tonującym słowem w nadziei, że ten wierny syn posłucha głosu kościoła.

            Podczas wizyty sprawozdawczej Kani w Moskwie wyraźnie było nerwowo: Polacy bawili tam tylko pięć godzin. Pośpiech był konieczny.

            W piątek przed południem mianowicie, premier Pińkowski musiał stawić się na wymuszonym za pomocą ultimatum spotkaniu z 40-osobową delegacją Związku Zawodowego „Solidarność” pod kierunkiem Lecha Wałęsy. Najważniejszym postulatem w nowym 11-punktowym programie było cofnięcie wprowadzonych przez sąd zmian w statucie.

            Grożąc strajkiem „Solidarność” podkreślała swoje postulaty: 12 listopada, dzień po święcie narodowym nawiązującym do zakończenia pierwszej wojny światowej i przywrócenia polskiej państwowości, w całej Polsce miała stanąć praca.

            Na początku 14-godzinnego maratonu negocjacyjnego Pińkowski i Wałęsa uzgodnili, że do 8 listopada nie zrobią nic, co mogłoby zaostrzyć sytuację.

            Jednakże w nocy z piątku na sobotę wszyscy rozeszli się bez podpisania przygotowanego komunikatu. Obawa Wałęsy przed zwycięstwem wydawała się uzasadniona.

       

      Tu nic nie dzieje się niemrawo, tu buzuje para”

      Brytyjski publicysta Tim Garton Ash o gdańskiej siedzibie związku zawodowego „Solidarność”

            Żądamy rejestracji niezależnego związku zawodowego „Solidarność”, czerwona farba na białym plakacie nieco się rozmyła w szarym jesiennym deszczu. Ale plakat jeszcze jest aktualny, tak zresztą jak i sam postulat.

            „Rządowi po prostu już nie możemy ufać”, mówi młody organizator „Solidarności” w Hotelu Morskim, siedzibie związku. Kiedyś jeszcze wierzył w obietnicę wicepremiera Jagielskiego złożoną w dniu historycznego kompromisu zawartego w Stoczni im. Lenina: wiedzieli, jak powinni rozmawiać „Polak z Polakiem”.

            „Najpiękniejsze dni moich wakacji” - praca wykonana w szkole przez ośmioletnią dziewczynkę, namalowana dla tych, co okupowali Stocznię Lenina. Napis wykonany dużymi literami, dziecięcym pismem: „Chcemy wolnych niezależnych związków zawodowych.” Obrazek wisi w oknie obskurnego Hotelu Morskiego, obok najświeższe informacje o „Solidarności”, ludzki tłum uważnie czyta i dyskutuje. Od wczesnego ranka do wieczora stoi kolejka ludzi, którzy cierpliwie czekają na nowe publikacje.

            Kierowca taksówki chwyta mnie za ramię: „Widział Pan? Profesor Kowalik wygłasza referat.” Dr Tadeusz Kowalik prowadzi 4 listopada seminarium na temat „Społecznych i ekonomicznych problemów związków zawodowych”, dla taksówkarza jest to najwyraźniej informacja niezwykle ekscytująca.

            Potrzebę informacji wyczuwa się także wśród robotników. W ten wilgotny październikowy wieczór, przed wejściem do hotelu, ponad godzinę na najnowsze ulotki czeka wielka kolejka w niepozornych strojach - trochę kurtek skórzanych i marynarskich czapek, poważne twarze, oświetlone jaskrawo wielką lampą.

            Wiedza to potęga, wszyscy najwyraźniej to wiedzą. Nawet partia - dzienniki są natychmiast rozchwytywane. To wiedząc, rząd robi wszystko, by ograniczyć możliwości informacyjne nowych związków.

            Rzecznik prasowy „Solidarności”, gdański literat Lech Bądkowski, mówi z wymownym wzruszeniem ramion, że niemal jedyna rzecz, jaką otrzymał w formie wydrukowanej, to jego nowa wizytówka - na niej pełny tytuł i dwa adresy: „MKZ NSZZ Solidarność, Gdańsk, ul. Grunwaldzka 103”, jest to nieoficjalnie oficjalny adres centrali związków zawodowych na czwartym piętrze Hotelu Morskiego.

            Pokoje związkowców są małe, w nich kilka tanich mebli, tanie, odpadające farby, jakich można się spodziewać po noclegowni dla marynarzy.

            Bądkowski wie z własnego doświadczenia, jak władze dotrzymywały obietnic sierpniowych: w jednej z lokalnych gazetek gdańskich miała się ukazywać redagowana przez niego stała rubryka „Solidarność”. Od tygodni nie ukazuje się. Cenzura tyle tam wykreślała, że już nie było warto.

            Tu w pierwszym rzędzie nasuwa się kwestia statusu prawnego: kierownictwo związku żąda likwidacji gumowych paragrafów: narzuconego uznania „wiodącej roli partii”, mglistego sformułowania prawa do strajków.

            Śmiertelnie zmęczeni brakiem snu czołowi związkowcy, utrzymujący przytomność już tylko dzięki wielu szklankom mocnej herbaty, jak inżynier Andrzej Gwiazda i jego żona Joanna Duda-Gwiazda - postać pokroju Róży Luxemburg, albo, jak mówią niektórzy w okupowanej Stoczni Lenina „Joanny d’Arc” -  są właściwie poza granicami możliwości. I to w kraju, w którym niemożliwe już się zdarzało, a niewykonalne stawało rzeczywistością.

            W tym absolutnie nieznanym obszarze oczywiście występują różnice zdań co do najlepszej drogi. Ale niesłusznie byłoby mówić o „jastrzębiach” i „gołębiach” w kierownictwie związku.

            Czy Wałęsa wyrazi groźbę strajkową nieco łagodniej, czy Gwiazda nieco bardziej opryskliwie, podstawowe stanowiska tych starych członków założycieli komitetu strajkowego są zbieżne, tak samo jak i ich oponentów w partii.

            Są też zgodni w sprawie koncepcji strategicznej: zdyscyplinowane strajki ostrzegawcze stanowią wcale użyteczną broń, która ma być użyta tylko po to, aby zmusić opierający się aparat do dotrzymania gdańskich obietnic.

            Więcej problemów zaprząta intelektualistów. Wałęsa i jego związkowcy korzystają z porad trzech różnych, (choć powiązanych ze sobą) grup „ekspertów”. Członkowie KOR, w tym przede wszystkim Jacek Kuroń, od strony lewej, katolicka komisja ekspertów (pod kierownictwem: redaktora naczelnego Tadeusza Mazowieckiego) - od strony prawej. Wydelegowany przez episkopat, z pewnością mniej wpływowy krąg doradców zasiada gdzieś pośrodku.

            W gdańskich kulisach to te grupy wyznaczają pole. Alle napięcia występują raczej pomiędzy samymi intelektualistami, a nie pomiędzy intelektualistami a przywódcami robotniczymi. Tadeusz Mazowiecki, katolicki polityk kulturalny, na podstawie osobistych doświadczeń skłonny raczej do ostrożności, nie upomina się szczególnie aktywnie o prawa aresztowanych członków KOR.

       

      Z demokratycznym socjalistą Jackiem Kuroniem nie zawsze „śpiewająco” się rozumie, choć taki znawca.

            Ale trzystronicowy „List otwarty” Kuronia w obronie komitetu społecznej samoobrony (KOR) można przeczytać w oknie Hotelu Morskiego, obok słowa sympatii i solidarności Gdańszczan.

            Można mieć wrażenie, że Wałęsa potrafi dyplomatycznie bardzo dobrze sterować swoimi czasem sprzeczającymi się doradcami.        

            Do tego dochodzi fakt, że kierownictwo partii i państwa, w nadziei na rozpad kierownictwa „Solidarności” - swoimi ostatnimi poczynaniami powoduje dokładnie coś odwrotnego. Przede wszystkim 24 października sądowy trik solidaryzuje ponownie członków kierownictwa „Solidarności”; ktoś nazywa to „terapią szokową”. 

            W przytulnym rosyjskim lokalu przy ulicy Grunwaldzkiej pewien młody działacz „Solidarności” opisuje znacznie większe niebezpieczeństwo. Niegdyś student socjologii, od 1968 r. zaangażowany w opozycję uniwersytecką, widzi teraz „presję społeczną”, która jest niemal nie do powstrzymania: sytuacja zaopatrzeniowa nie poprawia się, robotnicy jak dotąd nie zobaczyli nazbyt dużo z obiecywanych podwyżek płac.

            Mieli nadzieję, że Porozumienie Gdańskie zmieni coś przynajmniej w klimacie duchowo-politycznym. Pewien dziennikarz „Polityki” sformułował to tak: rząd i tak nie może dać robotnikom wiele więcej chleba, może mógłby za to dać nieco więcej prawdy.

            Dotychczas działo się to tylko sporadycznie. Lech Bądkowski uważa wręcz, że: „Po 35 latach kłamstw już nie wierzą partyjnej gazecie, nawet wtedy, kiedy ta ‘od czasu do czasu’ napisze prawdę.”

            Robotnicy, mówi Gdańszczanin, czują się szykanowani przez rząd, a zniechęcenie i wojowniczość rośnie: „Tu nic nie dzieje się niemrawo, tu w kotłach buzuje para”.

            Tylko duży osobisty autorytet Wałęsy powstrzymuje robotników fabryki w Ursusie przed dzikim strajkiem. Wałęsa dostrzega oczywiście, jak duże jest ryzyko wybuchu nowych strajków w innych ośrodkach przemysłowych, na przykład w kopalniach Śląska.

            Wywierana na kierownictwo związku oddolna presja ze strony milionowej bazy związkowców osłabnie dopiero wtedy, gdy rząd sam z siebie - i jak najszybciej - da jakiś znak, okaże dobrą wolę. Dla tej bazy klarowność w sprawie statusu prawnego i prawdziwych przemian w zakresie polityki informacyjnej są w tym momencie ważniejsze niż więcej pieniędzy i więcej żywności - takie jest ogólne wrażenie, wynikające z relacji licznych delegacji trafiających do Hotelu Morskiego.

            Pozostaje więc kwestia, czy pod kierunkiem Kani strona rządowa w ogóle jest zdolna do tak diametralnej przemiany. „Jeżeli nie …” - jeden z organizatorów „Solidarności” pozostawia to zdanie nieskończone.

            Wieczorem, w ciemności i podczas gwałtownych opadów, jasno rozświetlone są tylko frontowe balkony na czwartym piętrze, tam, gdzie powiewają czerwono-białe flagi, wtedy Hotel Morski wygląda prawie jak okręt liniowy. Związek zawodowy „Solidarność” szykuje mnóstwo pary w kotłach. A sam płynie, jak cała Polska, w niepewność.

       

      Język saksoński głośno słyszalny w gdańskich knajpach

      Czego szukali NRD-owcy na wschód od Odry i Nysy

       

            Nagłówki po obu stronach granicy na Odrze i Nysie wiwatowały na cześć „kroku o znaczeniu historycznym” (tak np. wyrazili się pierwsi sekretarze partii Honecker i Gierek), a warszawski organ partyjny „Trybuna Ludu” zapowiedziała od razu „nowy rozdział w stosunkach między obu państwami”.

            Faktycznie był to jeden z nielicznych przypadków w historii bloku wschodniego, w których euforia rządzących mogła być dzielona nie tylko przez nich samych, lecz także przez rządzonych.

            Od Nowego Roku 1972 - tak informowano mieszkańców NRD i Polski - wolno swobodnie i tyle razy, ile się zechce, jeździć przez granicę: bez paszportu i wizy, bez zaproszenia czy ograniczeń, a także kupować w bankach państwowych obu państw dowolną ilość potrzebnych do tego dewiz.

            Od razu też liczni obywatele obu narodów ruszają w drogę, by rozkoszować się do woli tak niezwyczajną swobodą podróżowania. W 1972 roku granicę na Odrze i Nysie przekracza dziewięć milionów Polaków i sześć milionów Niemców z NRD, dla większości z nich była to pierwsza podróż zagraniczna od momentu powstania ich państwa. „Otwarcie granic uruchomiło mechanizm, który można porównać z naczyniami połączonymi”, napisało „Życie Warszawy”.

            W ubiegłym tygodniu te połączone naczynia jednak zakorkowano po stronie NRD. Odwiedzający, chcąc przekroczyć granicę, muszą odtąd okazać poświadczone na policji zaproszenie: komunikacja pomiędzy zbuntowaną Polską pod wodzą Lecha Wałęsy, a sowiecko-pruskim NRD ma być zredukowana do rozmiaru cienkiej strużki. 

            Wiele nadziei łączonych z otwarciem granic nie zostało spełnionych. Niezbyt pomyślne wieści przesyłał na przykład ze stolicy NRD reporter warszawskiej „Polityki”, opisujący zwyczaje zakupowe swoich wygłodzonych konsumpcyjnie rodaków:

                      Polacy - skarżą się mieszkańcy wschodniego Berlina - przejeżdżają wolniutko przez miasto i tylko się rozglądają, gdzie przed sklepem stoi jakaś kolejka, chcą się zorientować, gdzie można do ostatniej sztuki wykupić najatrakcyjniejsze produkty, na przykład banany.

            W jednym z enerdowskich domów towarowych sprzedawczynie opowiadały o pewnej polskiej klientce, która żądała 20 biustonoszy, a kiedy odmówiono jej sprzedaży takiej ilości, puściła „skandaliczną wiązankę”.

            Inny Polak prosił o 600 sztuk zamków błyskawicznych, a kolejny chciał podobno koniecznie zakupić ostatnie trzy rowery, które jeszcze się w magazynie ostały. Na drzwiach wejściowych pewnego sklepu samoobsługowego pewien Polak odkrył tabliczkę z ostrzeżeniem: „Towary są sprzedawane tylko w ilościach powszechnie przyjętych za stosowne”, przy czym tekst był tylko w języku polskim, nie było wersji niemieckiej.

            Taka obfitość panowała w NRD, choć przecież na pewno nie było to najbardziej produktywne państwo systemu niedoborów w bloku wschodnim. Nie czekano długo na konsekwencje.

            Dziesięć miesięcy po otwarciu granicy polski rząd musiał - na życzenie swojego zachodniego sąsiada ponownie poskromić chęć kupowania swoich obywateli. Odtąd każdy z podróżujących do NRD mógł wieźć już tylko 200 wschodnich marek przez granicę.

            Po to, by z tej limitowanej kwoty nie korzystano nazbyt często, polskie Ministerstwo Handlu Wewnętrznego wydało zarządzenie, że sklepy komisowe, instytucja bardzo w bloku wschodnim powszechna, nie mogą już przyjmować towarów enerdowskich w celu odprzedaży.

            A że podróże nie tylko kształcą, lecz czasem też mogą popsuć charakter podróżujących, okazało się po obu stronach granicy.

            Niektórzy Polacy mieli złe doświadczenia z historycznie im znaną butą niemiecką. Życie Warszawy skarżyło się, iż „recepcjonistka hotelu w Cottbus, mimo, że mówi płynnie po polsku, raczy posłużyć się tym językiem dopiero po wyraźnym upomnieniu.”

            Natomiast pismo warszawskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych zwracało uwagę towarzyszy z Berlina Wschodniego, że wielu turystów enerdowskich w Polsce, kiedy podróżuje grupowo, ma w zwyczaju zachowywać się zbyt głośno i arogancko. O przysłowiowej „polnische Wirtschaft”, czyli nieporządku, lenistwie, pijaństwie i podobnych wadach szwargocze się w szczecińskich i gdańskich knajpach często i głośno po saksońsku, ale w sposób zrozumiały dla wielu miejscowych.

            Może jest to związane - inaczej niż Polacy podejrzewają - w mniejszym stopniu z tradycyjnymi niemieckimi uprzedzeniami wobec nosicieli nazwisk na -ski, a w większym stopniu z powodem podróżowania przyświecającym mieszkańcom NRD: dla nich taki wypad do Polski zastępuje zabronione wycieczki na zachód. W bardziej liberalnym, choć gospodarczo jeszcze biednym kraju bloku wschodniego, można sobie pozwalać na bycie ‘mocnym w gębie’, a w czytelniach publicznych poczytać zachodnioniemiecką prasę, np. DER SPIEGEL, której to lektury są u siebie absolutnie pozbawieni.    

            I tak, wycieczki ze ‘szkoły kadetów’ Honeckera rozkoszują się atmosferą w Polsce, klimatem życia umysłowego, dla nich niemal niewyobrażalną swobodą życia kulturalnego, ochotą dyskutowania i często przywoływanym radosnym stylem życia.

            Polska była dla turystów z NDR trochę tym, co Włochy dla ich zachodnioniemieckich odpowiedników: uskarżają się na nieporządek, ale potajemnie zazdroszczą ludziom, którzy potrafią żyć na tak pięknym luzie.

            Efektem tego, że taka buta, rosnąca jeszcze na skutek obfitego spożycia taniej wódki podróżuje do tak radosnej półwolności jest fakt, że w ciągu pierwszych pięciu miesięcy prawie 400 turystów z NRD, wydalonych zostało przez milicję, czyli musiało przedwcześnie opuścić kraj sąsiadów.

            Ale zawsze wracali, nawet i wtedy, gdy mocno podwyższone ceny wódki i benzyny nie mogły już kusić.

            Ponieważ pokusy nadal w Polsce istniały. W odróżnieniu od NRD, gdzie ferie letnie trzeba planować już zimą, gdyż np. biwakowanie dozwolone jest wyłącznie w nielicznych miejscach do tego wyznaczonych, a w Polsce namioty można rozbijać prawie wszędzie i w dowolnym czasie - słabości organizacyjne tej „polnische Wirtschaft” mają więc też swoje silne strony.

            Polskie wędrowanie na zachód natomiast słabło: im cięższy był kryzys gospodarczy, tym większe ograniczenia dewizowe. W końcu, od maja 1980, Polakowi wolno było przez cały rok wymienić już tylko 350 marek wschodnich za swoje złotówki. Dodatkowo: w ciągu roku nie może on przebywać po drugiej stronie granicy na Odrze i Nysie dłużej niż dwa tygodnie.

            Równocześnie, co chętnie jest przeoczane w Republice Federalnej, NRD wprowadziła też przymusową wymianę dla Polaków: co najmniej 25 marek na osobę i dzień, po stawce wymaganej odtąd także od Zachodu.

            Nawet to ucho igielne było jednak dla kierownictwa SED dużo za duże, kiedy klasa robotnicza jakże nieobliczalnego sąsiada pokazała, jak w ciągu kilku tygodni można rzucić na kolana stronę państwową i skorzystać z praw dotychczas niewyobrażalnych w całym realnym socjalizmie.

            Po serii ostrzegawczych przemówień i wstępniaków wystosowywanych pod adresem niesolidnego braterskiego państwa kierownictwo NRD postanowiło szczelnie zamknąć granicę pokoju i przyjaźni, niemal tak szczelnie, jak przed 24 laty.

            Wtedy to, po powstaniu robotników poznańskich i „polskim październiku 1956”, ruch osobowy z Polską został uchwałą biura politycznego SED  „tymczasowo ograniczony do kanałów dyplomatycznych”.

       

       

       

                                                     

       



      (cytat z pieśni ‘Bundeslied’ - słowa Georga Herwegha z 1863 r. dla »Allgemeiner Deutscher Arbeiterverein«, nielegalny hymn rewolucyjnego proletariatu - przypis tłumacza)