Stały przesiedleniec
Mój dziadek został deportowany pierwszym transportem w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku. Była 1 w nocy, w całej wsi szczekały psy i dziadek nie mógł spać, głównie ze strachu, ale również przez te psy, co szczekały kilka godzin. Nad ranem, jak ludzi we wsi Kulawa, w rejonie Żółkiewskim już nie było, psy prawdopodobnie poszły spać. Dziadek pamięta o krowach, które zostały, o małej kuźni taty, domu. Temperatura wynosiła minus 40˚C, mówi dziadek, a ja myślę, że przesadza, starzy ludzie przesadzają przecież ze swoją historią, a dziadek dodatkowo od czterech lat jest chory na Alzheimera, nie pamięta za wiele z teraźniejszości. Sprawdzam więc każdy szczegół, w opisie deportacji dra Jerzego Prochwicza czytam, że temperatura w nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku spadła do 40 stopni na minusie. Każdy szczegół i każdą informację sprawdzam, niepotrzebnie, dziadek doskonale pamięta przeszłość i wstyd mi, że nie uwierzyłem.
Dziadek wsiadł na ogromne sanie, albo on taki mały był, i pojechał z rodzicami i szóstką rodzeństwa. Z sań przesiedli się do pociągu towarowego, w którym spędzili czas do kwietnia, aż dotarli do Krasnojarska na Syberii. Z dokumentacji NKWD wynika, że w lutym 1940 deportowano 139 141 osób, Polacy stanowili 81,7% ludności, wśród wysiedlonych 35% stanowiły dzieci do 14 roku życia – między innymi dziadek, który miał wtedy siedem lat. Deportowani mogli zabrać odzież, bieliznę, obuwie, pościel, naczynia kuchenne i stołowe, żywność, drobny sprzęt domowy i rolniczy, pieniądze i przedmioty wartościowe, ale nie więcej niż 500 kg na rodzinę. W 9-osobowej rodzinie to wychodziło 55 kg na osobę. Dorodna krowa waży 500 kg, a tych krów zostawili w Kulawej kilka. Może to wtedy dziadek postanowił nie wyrzucać żadnej rzeczy w czasie swojego życia, żadnego przedmiotu, tam gdzie mieszkał szybko powstawały magazyny, złomiarnie. Może to również tamte doświadczenie: pakowanie, wyjazd, podróż, osiedlenie zdeterminowały jego późniejszy scenariusz życiowy. Po deportacji przeprowadzał się kilkanaście razy, do Białogardu, do Szklarskiej Poręby, do Bogatyni, zabierał dobytek i jechał w inne miejsce, za pracą, na rolę, głosić dobrą nowinę. Dziadek jest Świadkiem Jehowy. Tę historię rozpoczął jego ojciec Tomasz, który został Badaczem Pisma Świętego, ruchu religijnego, który w 1933 roku zmienił nazwę na Świadków Jehowy. Pojechałem na grób mojego pradziadka, betonowa tablica bez krzyża, umarł piętnaście lat przed moimi narodzinami. Dziadek od zawsze wiedział, że jeśli umrze, zmartwychwstanie do życia w raju na ziemi, tej myśli trzymał się kurczowo, bardziej niż ręki mamy w nocy, kiedy nie mógł spać i musiał jechać nie wiadomo gdzie.(...)
W Krasnojarsku wysiedli z pociągu i dalej wgłęb tajgi płynęli barką, po Jenisej, nurt rzeki odsłaniał malownicze obszary tajgi, maj, początek wiosny, nie wiele robili, pogoda dopisywała, więc oglądali. Po trzech miesiącach zostali osiedleni, „gdzieś na zadupiu mówi dziadek”. Pierwszy transport deportowanych, którym jechał mój dziadek, liczył 13 339 osób. Deportowani zostali zatrzymani w specjalnych osiedlach – specposiolkach, zarządzanych przez NKWD, komendanci osiedli decydowali czy można opuścić miejsce pobytu na dłużej niż 24 godziny, nadzorowali pracę, wymierzali grzywny i kary. Pradziadek kowal, miał wzięcie i zatrudnienie, pracował w Sowchozie, w kuźni łatał garnki wszystkim babom, nie było nowych, zaklepywał dziury – mówi dziadek. Adolfa wzięli do wojska. Janka bawiła dzieci. Reszta była w domu z mamą, biegali do lasu, na jagody. W tajdze jest mnóstwo grzybów, jagód. Pradziadek dobudował wiatę, prosto z lasu się wchodziło, wiata zakryta z trzech stron, otwarta od strony lasu, ścinało się drzewo, wybierało próchno ze środka i była beczka – tam wrzucało się agrest, borówki czarne, jagody. Wszystko zamarzało, potem zimą beczkę stawiało się koło pieca i było jedzenie. Grzyby i owoce rosły przez niecałe trzy miesiące, więc trzeba było się śpieszyć. Tych beczek powinno starczyć na pozostałe dziewięć miesięcy.
Po deportacji, która trwała sześć lat, jeden miesiąc i jeden dzień, 10 marca 1946 roku dziadek z rodziną został zapakowany do wagonu towarowego, który zawiózł go na Ukrainę, w rejon Zaporowski, tam czekali na pradziadka, który musiał zostać w Krasnojarsku, bo kowala tak szybko nie chcieli wypuścić. Z Ukrainy całą rodziną, zostali odstawieni pod urząd repatriacyjny w Nowej Soli. Według ocen rządu polskiego na zesłaniu umarło od 10 do 15% ludności polskiej plus bezimienna siostra dziadka. Z Nowej Soli przenieśli się do Rybarzowic, stamtąd do Biedrzychowic, gdzie dziadek skończył siedem klas szkoły podstawowej. Prowadził sklep, magazyn, był listonoszem, rolnikiem, kaznodzieją w pełnym wymiarze godzin, hodowcą. Mój dziadek jednak wciąż jest sybirakiem, stałym przesiedleńcem, który mieszka od pięciu lat w Krzewinie Zgorzeleckiej, być może przed śmiercią zdąży jeszcze raz się przeprowadzić. Z roku na rok traci pamięć, ale tylko teraźniejszą, cała przeszłość chce pozostać zapamiętana.
autor: Tomasz Seklecki
klasa III B Liceum Profilowanego (socjalnego)
Zespół Szkół Zawodowych
w Bogatyni