|
Przed 10 rano wysłałam mu SMS-a: „Żyjesz?”. Nie odpowiedział. Telewizja nie podawała jego nazwiska, co rodziło nadzieję, choć wiedziałam, że był zaangażowany w przygotowanie katyńskich uroczystości. Zadzwoniłam do domu pewna, że odbierze. Jego teść powiedział: „Tomek też tam był”.
|
 |
| Tomasz Merta na Ogólnopolskiej Prezentacji programu Ślady przeszłości w 2008 r. w Warszawie. |
Od 15 lat był autorem i konsultantem programów i podręczników naszego Centrum Edukacji Obywatelskiej. Cóż to był za kolega i współpracownik!
Polonista, pięknie pisał. Potrafił po dniu pracy w ministerstwie i poczytaniu córkom na dobranoc machnąć po nocy tekst o trójpodziale władz. Bez spłaszczania i tak, żeby gimnazjalista zrozumiał.
„Przewodnik młodego obywatela” pisał między wizytami w szpitalu, gdzie jego Joasia miała operację nerek. Ta sama córka na początku podstawówki postanowiła z koleżanką wyruszyć w świat. Zakończyła podróż na obrzeżach Warszawy. Gdy puściło napięcie, śmialiśmy się, że jak na konserwatystę ma nieokiełznane dzieci.
Był zakochany w swych trzech córkach. Często dzwonił do Magdy, z żoną dbali o siebie. Próbował bronić czasu dla rodziny.
Gdy w ramach współpracy z uniwersytetem w Ohio byliśmy w USA, długie popołudnia spędzał w księgarniach Barnes & Noble. Miał w domu wszystkie ważne książki. Był znawcą historii myśli politycznej, literatury i muzyki klasycznej. Cytował z pamięci Platona i Tocqueville'a, klasyków polskiej myśli politycznej. W młodości wygrywał szachowe turnieje.
Konserwatystą był w najlepszym wydaniu. Prowadził „Kwartalnik Konserwatywny” (2000–02), był w radzie programowej Muzeum Powstania Warszawskiego. Współtworzył Muzeum Historii Polski. Z Andrzejem Przewoźnikiem i Władysławem Bartoszewskim dbał o miejsca pamięci. Co roku organizował uroczystości w Auschwitz.
Miłośnik republiki, zachwycał się czasami wielkiej „Solidarności” i martwił, że nie udało się więcej z niej przenieść do III RP. Nie ulegał powierzchownej politycznej poprawności. „Co ja poradzę, że było więcej filozofów niż filozofek” – wzdychał, gdy feministki zarzucały, że w naszych podręcznikach jest za mało kobiet.
W tekście manifeście napisanym z Kazimierzem M. Ujazdowskim i Robertem Kostrą w „Wyborczej” w 2006 r. bronił idei polityki historycznej. Punkt po punkcie odrzucał zarzuty polemistów: „Wypowiadając wojnę erozji pamięci, nie chcemy opowiadać historii Polski na klęczkach, nie pojmujemy narodu etnicznie z wykluczeniem obcych, nie proponujemy żadnej terapii z narodem jako niewinną ofiarą w roli głównej”.
Ujazdowski, Kostro, Dariusz Gawin, wielu innych. Był człowiekiem długich przyjaźni opartych na wspólnocie idei.
Gdy Roman Giertych jako minister edukacji chciał „unarodowić” listę lektur, Tomek – członek tego samego rządu – toczył z nim wojnę o Witkacego, Gombrowicza, Kafkę. I wygrał.
Jako wiceminister kultury (od 2005 r.) odpowiadał m.in. za ochronę zabytków i dziedzictwa. To była jego pasja. Zabiegał o wpisanie Stoczni Gdańskiej na listę UNESCO. Uratował setki zabytków, warszawskie zakłady Norblina i jedną z ostatnich kamienic warszawskiego getta przed projektem nadbudowy. Wcześniej jako dyrektor Instytutu Dziedzictwa Narodowego zorganizował festiwal Norwid Bezdomny, kochał tego poetę.
„Po czym można poznać, że nie jest się już członkiem rządu? Gdy rano wsiadasz do auta, a ono nie odjeżdża” – żartował. Był urzędnikiem nieprzywiązanym do fotela, ale do sprawy. Współpracownicy go uwielbiali.
Politykę widział w kategoriach wartości, rozumiał jako publiczną debatę i misję. Nie był członkiem żadnej partii, choć razem z Ujazdowskim przygotowywał Pis-owski program kulturalny i był w komitecie poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach 2005.
Dla niego liczył się interes publiczny. I – o dziwo – politycy to doceniali. Następca Ujazdowskiego w Ministerstwie Kultury Bohdan Zdrojewski zaproponował Tomkowi, by pozostał jego wice w rządzie PO. Nie odmówił.
Jego patriotyzm był obywatelski. Do naszego podręcznika dla gimnazjalistów napisał krótką przypowieść o tym, jak Ziemianie uczyli Termorian demokracji. Termorianie wprowadzili już wolne wybory i konstytucję chroniącą przed tyranią większości, ale nie potrafili obronić swej planety przed inwazją. I wtedy najstarszy z Ziemian wyjaśnił im, że „do dobrej demokracji potrzeba czegoś więcej, czego nie daje się zapisać w konstytucjach, czego nie można nakazać". Co to takiego? – zapytali Termorianie. „To obywatelska postawa zaangażowania. Gotowość poświęcenia własnych interesów, a czasem nawet życia w imię dobra wspólnego. My to nazywamy duchem republikańskim, bo jak zapewne wiecie, res publica znaczy właśnie »rzecz wspólna«”.
Kilka dni temu Tomek wprowadził kilka korekt do „Kalendarium 1945–2010” w naszym ostatnim podręczniku. Ostatni zapis tego kalendarium będzie mówił, Tomku, o twojej śmierci.
Alicja Pacewicz
Źródło: „Gazeta Wyborcza”, 11.04.2010 r.